Prace nad artykułem trwają.... jednakowoż jesienną mamy pogodę, wena wsiąkła w opadłe liście i artykuł pisze się w wirtualnej fazie przemyśleń, trzy milimetry nad czaszką, ewentualnie pod czaszką - kiedy stanąć na głowie. Zgodnie z filozofią Sloł Lajf - nie przepraszam za opóźnienia. Zdanie: "trwamy w fazie beta" powinniśmy wytatuować sobie na klacie. Na kalacie naszych kobiet (zleży jeszcze kto ma), ewentualnie byłych, na klatach naszych dzieci, wydrapać gwoździem na masce samochodu, wygolić do skóry sierściuchom, wydoić krowom z mlekiem i trzepnąć masło-beta do nie-smarowania... nazbierałoby się. Ogólnie i generalnie - przeglądam zdjęcia, zastanawiam się, patrzę w okno... A wszystko zaczęłoby się tak:
Pewnego dnia zadzwonił telefon. Siedziałem właśnie na (i tu albo wejdzie krzesło, albo sofa, kibel bądź, nie wiem - rumak może). Siedziałem właśnie na rumaku i podziwiałem zachód słońca na kalifornijskim horyzoncie. W prawym ręku trzymałem lasso, w lewym - komórę. "Halo" - powiedziałem. "Pakuj strzelbę, gwoździe, śpiwór, weź trochę owsa, jedziemy w Bieszczady" - odparł znany mi od trzech dekad głos...
No i tak to się jakby zaczęło. Galopem z Kalifornii na Kabaty, przez ocean i kawałek Europy. No ale jeszcze muszę to wszystko poukładać zanim powyższe zamieni się w poniższe...
****
Pierwszy raz w Bieszczady przyjechaliśmy dwadzieścia trzy lata temu, ze szklonym obozem prowadzonym przez naszego Pana od historii, Bolesława, któremu na samym wstępie pragnę podziękować, za to, że mu się chciało. Nie wiem czy gdyby nie jego obozy, pojechałbym/pojechalibyśmy w Bieszczady w ogóle. Może byłoby jakieś inne miejsce. W innej części kraju. Pewnie tak. Niemniej wtedy jako młody, piętnasto-szesnastoletni chłopak, zachłysnąłem się tymi Bieszczadami, wolnością, atmosferą, ludźmi. Nie chodziłem na górskie wycieczki, szwendałem się po knajpach, poznawałem miejscowych, piłem hektolitry alkoholu. Dzikie pola namiotowe żyły ogniskami przeróżnych, dziwnych ludzi. Grano na gitarach, bębnach, jedni pili czaj, inni wódkę, piwo, alpagi, jedni palili jointy, brali kompot, grzyby, kwasy, inni byli po prostu trzeźwi – i byli zdecydowanie tą najwartościowszą mniejszością.
Całkiem sporo podejść było do tego wyjazdu w Bieszczady. Rozmawialiśmy o tym wiele razy, że trzeba pojechać, potem te rozmowy, to co ze sobą niosły ginęło w codziennym życiu.
Ostatnia taka wyprawa – taka nasza wyprawa, znamy się już przeszło trzy dekady, od pierwszej podstawówki (ruspi, siego i narp; operuję tu nickami, gdyż ci, co nas znają to pewnie wiedzą o kogo chodzi, a dla tych, którzy nas nie znają, jest raczej wszystko jedno) – miała miejsce siedem lat temu, w 2004 roku. Mieliśmy utrafić w złotą, bieszczadzką, osławioną, pyszną kolorami liściastych drzew jesień. „Niestety”, przyjechaliśmy wtedy zbyt późno. A paleta otaczających nas barw oscylowała w kolorach miedzi i brązów. Padały deszcze, niebo ciążyło nad nami niezmienną, stalową taflą, było zimo. Było pięknie. Było pięknie, ponieważ Bieszczady nigdy nie są brzydkie. Są jak kobieta, której uroda nie gaśnie...
Wyjazd ten nie doszedłby pewnie do skutku, gdyby nie osobliwy nacisk telefoniczny ze strony Ruspiego, z dość długim wyprzedzeniem czasowym.


Był 30 września 2011 roku. Ruspi, Siego i Lisa (suczka) przyjechali do mnie, zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę, Lisa wodę – śniadanie przywieźli ze sobą (jeśli Daulina maczała w tym palce – serdecznie dziękuję, kanapki były pyszne).

Spakowaliśmy bagaże, ustawiliśmy GPS'a (skręć w lewo, za 500 m skręć w prawo itp.), wrzuciliśmy muzyczkę i pomknęliśmy na stację benzynową dopompować kółka. Przednia szyba była cala ujebana od zabitych owadów... i nikt nie ośmielił się jej umyć, może w hołdzie poległym stworzeniom, ofiarom motoryzacji...

Ogólnie całą podróż przedłużyła się o kilka godzin, nie ominęły nas korki które ciągnęły się przez całą drogę 724 do ronda w Górze Kalwarii. Za rondem zrobiło się pusto i mknęliśmy prosto jak w mordę strzelił, na południe drogą 79 do Sandomierza. I chyba tutaj gdzieś w okolicy rynku zjedliśmy pizzę. Lisa grzecznie spała w samochodzie. Pani powiedziała, że ich specjalnością jest ciasto. Ciasto faktycznie było specjalne, a my bardzo głodni – to drugie wzięło górę, zjedliśmy wszystko. Najlepszą przyprawą jest głód, nie ma co.

W Sandomierzu odbiliśmy lekko na wschód, zjeżdżając na drogę z numerem 77. Dojechaliśmy nią do Niska. W Nisku zmieniliśmy trasę na 19, która doprowadziła nas do Sokołowa Małopolskiego i tu skierowaliśmy się na drogę 881 do Łańcuta, potem na 887 i gdzieś jakiś kilometr przed Szklarami odbiliśmy w prawo na drogę numer 835, która miała nas zawieść aż do samej Grabownicy Starzeńskiej. Tu właśnie moglibyśmy postawić sobie jakąś małą rafinerię, gdyż co jak co, ale w Grabownicy złoża ropy są. Gazu również.


Wcześniej jednak w Dynowie, rozproszeni drogowymi robotami, zamiast kontynuować jazdę ulicą Marszałka Piłsudskiego (835), skręciliśmy w lewo za niewielkim konwojem ciężarówek, pokonując San i znaleźliśmy się na wąskiej Bartnikówce. Ciężarówki jechały przed nami i nie było możliwości, żeby je wyprzedzić. Zapadła już noc. Lewy reflektor szwankował.
Nie mieliśmy pewności, czy dobrze jedziemy. Co do kierunku owszem, tak, przynajmniej na razie, ale czy później droga nie odbije na wschód, prosto do Przemyśla. Czy nie napadną nas bandyci? Czy nie porwie nas ufo? Tego typu pytania raczej nie przewijały nam się przez głowę. Ciężarówki jadące przed nami gdzieś zniknęły (pewnie skręciły), skończył się asfalt, zaczęły szutry. Na chwilę zatrzymaliśmy się aby przestudiować mapę, minęła nas ciężarówka z naprzeciwka i trochę wydedukowaliśmy, trochę na wiarę, a może po prostu dlatego, że Ruspi był kierowcą i wolał jechać przed siebie, zamiast się wracać – ruszyliśmy w nieznane.

Opadła mgła, droga znów stała się asfaltowa, przerwana nagle przez czerń rzeki, z ciemności której wynurzył się prom. Prom powoli przybił do brzegu, a my nań wjechaliśmy. Przewoźnik nie chciał od nas pieniędzy za przeprawę. Sunęliśmy przez ciemną rzekę na przeciwległy brzeg. Nie pamiętam, bym wcześniej przeprawiał się promem – więc była to moja pierwsza promowa przejażdżka. Rzeki w ogóle są dla mnie magiczne. Spokojne, leniwe – zabierają ze swoim nurtem pośpiech, chaos, hałas jakie człowiek poupychał sobie w głowie. Tonizują coś w środku, kiedy się na nie patrzy. Robią przestrzeń wewnątrz.


Tak więc w Grabownicy Starzeńskiej wjechaliśmy na drogę 886, która w Zabłotce, a właściwie na przedmieściach Sanoka, po skręcie w lewo zamieniła się na chwilę w główną 28, a potem w samym Sanoku już w drogę 84, którą dojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych.
W Ustrzykach zrobiliśmy krótki postój na zakupy (przeważnie czekolada, napoje), do bankomatu skoczył Ruspi, małe fizjologiczne co nieco w bocznej uliczce pod płotem czy krzakiem.
I potem w prawo z 29 Listopada na Fabryczną (896) by po niespełna 40 minutach znaleźć się w Ustrzykach Górnych.
Nie wiem, która to była godzina gdy dojechaliśmy do Białego Hoteliku, ale chyba między 22 a 23. Odebraliśmy kluczyk do pokoju nr 3, wypakowaliśmy bagaże, zjedliśmy coś, Siego i Ruspi cięli w karty, ja robiłem delikatną jogę... a potem bez pacierza poszliśmy spać... chyba, że w myślach ktoś coś zakotłował Bogu na klatę.






